Rozdział
1 ”Ida jest człowiekiem”
Sierociniec przy ulicy J. Korczaka był
dużym, szarym budynkiem, otoczonym wysokim płotem. Nie był zbyt wesołym
miejscem, chodź nie należał też do tych miejsc smutnych. Można by powiedzieć,
że jest jak każdy inny sierociniec w kraju, co oczywiście nie mijałoby się
wiele z prawdą.
Istotnie, budynek był jak każdy. Te
wielkie, szare pudło, bo taki właśnie miał kształt - kształt wielkiego, szarego
pudła, było domem Idy. Mieszkała w nim odkąd sięgała pamięciom. Była bardzo
ładna. Miała długie, miękkie włosy w kolorze ciemnego blondu i duże oczy, o
niespotykanym, szmaragdowym kolorze, otoczone gęstym wachlarzem rzęs. Z tłumu
wyróżniała się głównie dzięki nim i to właśnie one były przyczyną jej
niezwykłości. Bowiem Ida posiadała pewien dar.
Kolacja zakończyła się jak zwykle po
osiemnastej. Podopieczni sierocińca mieli teraz chwile czasu dla siebie przed
ciszą nocną. Ida wykorzystywała ten czas najlepiej jak umiała. Kiedy było
ciepło kochała wychodzić na duże podwórko znajdujące się za ośrodkiem,
natomiast gdy było zimno, siadała na parapecie i patrzyła, jak złota kula chowa
się za horyzontem. Dzisiaj był jeden z tych ciepłych wieczorów.
Blondynka wymknęła się niepostrzeżenie.
Kiedy była już na zewnątrz, usiadła na drewnianej huśtawce, postawionej po
lewej stronie budynku. Była to chyba jedyna atrakcja na podwórku, a za dnia
kolejka do niej nie miała końca.
Wilgotna, soczysta trawa przyjemnie
muskała jej gołe stopy. Ida bowiem w pośpiechu zapomniała założyć butów. Ale
komu one potrzebne?! Przecież są tylko niepotrzebnym ciężarem. Na niebie
piętrzyły się kolorowe łuny, dając znak, że oto największy pan nieba – słońce,
idzie właśnie na zasłużony odpoczynek. Nagle, dosłownie znikąd, jakaś czarna
kropka błysnęła na zachodzie. Zaczęła robić się coraz większa i większa, aż w
końcu Ida poznała, że to wcale nie kropka, a olbrzymie, łuskowate cielsko o
smukłej budowie i rozłożystych, nietoperzych skrzydłach.
Potwór wylądował lekko, płynnie
przybliżając się do podłoża. Zatrzepotał ostatni raz skrzydłami, których
rozpiętość była tak duża, że z trudem mieściły się na, przecież nie małym,
podwórku, po czym je złożył. Zamrugał kilkakrotnie niebieskimi oczyma,
odbijającymi się znacznie od reszty ubarwienia i spojrzał prosto w twarz Idy.
Dziewczyna nie kryła zdziwienia. Pomimo
iż temat magii i magicznych stworzeń był jej tak daleki, jak ludziom dalekie
jest niebo, doskonale potrafiła rozpoznać poczwarę. Bez dwóch zdań – był to
smok. Olbrzymi, czarny smok poruszający się z gracją baletnicy, władając swym
doskonale wyrzeźbionym cielskiem, niczym najdoskonalszy malarz swym pędzlem.
Majestatyczność potwora nie uśmierzała
jednak lęku. Przeciwnie. Budziła jeszcze większa grozę i respekt, bowiem miało
się wrażenie, że te zwierze o smoczym usposobieniu, to nikt inny jak potężny
król, któremu kłaniają się nawet lwy.
Ida uporczywie patrzyła na grube,
uzbrojone w długie pazury, łapy stwora, pokornie oczekując aż ten zionie
ogniem, bądź jednym kłapnięciem olbrzymiej paszczy ją pożre. Jednak nic takiego
się nie stało. Zaczęło ją natomiast coraz bardziej korcić, by spojrzeć mu w
oczy. Powstrzymywała się z niemałym trudem, wiedząc, że może przez to poznać
wszystkie jego sekrety, czy zamiary, w które nie koniecznie miała ochotę się
zgłębiać. Tajemnicza otoczka nadawała mu jeszcze więcej doskonałości.
Nie dała jednak rady. Niebieskie ślepia
były tak przyciągające, działając na nią jak najsilniejszy magnez, że już po
krótkiej chwili, jej szmaragdowe tęczówki błysnęły znanym jej blaskiem i
patrzyły się prosto w oczy smoka.
-Kim jesteś? - wydusiła cicho, niemal szeptem, podczas gdy potwór
uporczywie milczał.
Jestem
smokiem.
Usłyszała w swojej głowie ciepły, niski
głos, przedstawiający je zwięzłą odpowiedź.
-A ja jestem człowiekiem – odpowiedziała tak samo cicho jak przed
chwilą.
Jak
masz na imię, człowieku?
Głos smoka rozwiewał wszystkie jej
obawy. Był tak spokojny, że dziewczyna nie mogła mu nie zaufać.
-Ida, a ty?
Ja
jestem Arian.
Ida uśmiechnęła się przyjaźnie.
Odepchnęła się nogami od trawy i zaczęła się rytmicznie huśtać. Zamknęła na
chwilę oczy i poprosiła:
-Opowiedz mi coś o sobie, Arianie.
Nie usłyszała jednak odpowiedzi. Zdawszy
sobie sprawę z własnego błędu błyskawicznie otworzyła oczy i wlepiła je w
niebieskie ślepia smoka, dając mu znak, że może mówić.
Nie
pochodzę z twojego kraju.
Zaczął pewnie Arian.
Jak
się pewnie domyślasz, nie pochodzę nawet z Twojego Świata.
Moim
domem jest Pierwszy Świat – ojczyzna i dom najróżniejszych gatunków stworzeń.
Można
tam spotkać między innymi Elfy i Trolle, których nie zauważyłem lecąc przez
Twój Świat. Czy u was też mieszkają?
-Niestety nie – odpowiedziała z niekrytym smutkiem Ida. - Dlaczego tu
przyleciałeś, Smoku?
Cóż...
Przyleciałem po Ciebie, droga Ido.
Pierwszy
Świat potrzebuje pomocy.
Widząca
poleciła mi, bym przyprowadził człowieka o zielonych oczach.
Jesteś
człowiekiem i masz zielone oczy, prawda?
-Tak, ale w Moim Świecie żyje wielu ludzi o tym samym kolorze
oczu co ja, więc dlaczego myślisz, że to właśnie mnie miała namyśli Widząca?
Czuje
to.
To
musisz być ty.
A
teraz wskakuj.
Zabieram
cię do Pierwszego Świata.
Dziewczyna zawahała się. Nie można było
opuszczać Sierocińca po kolacji, a o ile dobrze pamiętała, takowy posiłek miała
już niestety za sobą. Jednak przekonanie, iż to tylko sen, nie dawało jej
spokoju. Przecież, gdyby wsiadła na smoka we śnie nic by się przecież nie
stało, prawda? Nie złamałby regulaminu ośrodka ani nie stałaby jej się żadna
krzywda.
Wszystko wokół niej było takie
realistyczne jednocześnie nierealne.
Mokra trawa, uginająca się pod ciężarem jej stóp oraz słońce, które zdążyło
nabrać już kolor dojrzałej pomarańczy i ostatnimi promieniami ogrzewało Ziemię,
zanim pogrąży się we śnie razem z nocą. Wszystko to było tak namacalne, takie
codziennie i zwyczajne, a jednocześnie inne.
To smok. To on zaburzał naturalną
równowagę. Ida przetarła oczy, czy to ze zmęczenia, czy żeby przekonać się, że
naprawdę stoi przed nią wielki, czarny gad. Podeszła do niego nieśmiało i
przejechała opuszkami palców po błyszczących łuskach, podczas gdy potwór, który
nie wydawał się już taki upiorny i nieczuły jak wcześniej, nawet nie drgnął.
- Dobrze – mruknęła bardziej do siebie, niż do smoka – Zrobię to. Co mi
szkodzi? - zapewniała się, nadal będąc w przekonaniu, że to tylko senne mary
nawiedzają jej głowę i płatają figle uśpionym zmysłom, łaknącym urozmaicenia od
codziennej rutyny.
Jak się okazało, podjęcie decyzji wcale
nie było trudne, w obliczu późniejszych problemów. Otóż, Ida w żaden sposób nie
była wstanie wdrapać się na olbrzyma. Arian pomagał jej jak umiał, posapując
przy tym czasem, lecz jego łuskowate cielsko skutecznie udaremniało ich
wysiłki. W końcu, gdy bezradna dziewczyna miała się już poddać, smok zmusił ją,
by spojrzała mu w oczy.
W dwóch szmaragdach, umieszczonych na
porcelanowej twarzy, rozbłysły iskierki.
Nie
poddawaj się!
Mam
pomysł!
Oznajmił błyskotliwie dudniący, głęboki
głos w jej głowie.
Złap
się mojego ogona (tylko mocno się trzymaj!),
a
ja spróbuję bezpiecznie przenieść Cię na mój grzbiet.
Idzie nie pozostało nic, jak tylko
pokornie się zgodzić. Bardzo zapaliła się na tą nową przygodę, chodźby miała
odbyć się tylko we śnie.
Zaczekaj
jeszcze!
Zawołał w myślach Arian, zanim zdążyła
odwrócić wzrok i odejść.
Czy
kiedy będziemy lecieć,
czy
mogłabyś opowiedzieć mi o swoim świecie?
Poprosił, co nie mało ją zdziwiło.
Przecież Jej Świat był taki nieciekawy! Pełen rozwścieczonych samochodów,
warczących na wszystkich i dzień w dzień przejeżdżających pod oknami Sierocińca
przy ulicy Janusza Korczaka, albo ludzi, którym nigdy nic się nie podoba, nie
ważne czy świeci słońce, czy pada deszcz. Co innego Świat Smoka – Pierwszy
Świat, jak to określał! Magiczne stworzenia, Elfy, Wróżki, Magia! Wszystko to
było takie fascynujące i... nowe, bo Ida nigdy nie interesowała się fantastyką,
dlatego było zdziwiona wybrykami jej umysłu.
I kiedy w końcu zasiadła na grzbiecie
potwora, szczelnie oplatając jego szyje rękoma i zaciskając kurczowo biodra, a
smok wzbił się w powietrze tak gładko, prawie niewyczuwalnie, zamknęła oczy i
jedyne czego już się obawiała to, że obudzi się zanim historia dobiegnie końca.