Sierociniec
przy ulicy Janusza Korczaka był jednym z tych starych budynków, o których nawet
sam właściciel niewiele wie, a o ilości pokoi świadczy jedynie ilość okien, co
też nie jest do końca pewne, gdyż wiele z nich może nawet takowych nie
posiadać. Budynek ten był trochę zaniedbany, a swym kształtem przypominał
wielkie kartonowe pudło po butach, ale dzieci w nim mieszkające niewiele to
obchodziło.
A
dzieci było sporo. Z pozoru nieistotny szczegół dla historii, którą chcę wam
opowiedzieć, jednak trzeba o tym wspomnieć, żeby zrozumieć jak trudno opiekunom
ośrodka było dopilnować, żeby nikt nie wchodził w miejsca, w które wchodzić nie
powinien i nie widział rzeczy, których nie widzieć nie miał. Tak, dzieci w
sierocińcu było zbyt dużo.
Tego
majowego dnia Maria miała dyżur w kuchni. Właśnie skończyła obierać ziemniaki i
potajemnie nasłuchując o czym tak żywo dyskutują kucharki, spojrzała w małe
okienko umieszczone stanowczo za blisko sufitu, poprzecinane zardzewiałymi
kratami, przez które sączyło się blade, popołudniowe światło.
- Słyszałam, że jutro przyjdzie ktoś, by
zrobić porządek na tym starym strychu – powiedziała z przejęciem pani Jadwiga,
obierając dziesiątą już marchewkę.
- Tak? – ożywiła się nagle Wanda, która do
tej pory gotowała coś w dużym, metalowym garze.
- Podobno chcą sprzedać TEN obraz – ciągnęła
dalej pierwsza kucharka, wyraźnie zadowolona z tak dużego zainteresowania
tematem, który sama rozpoczęła.
- Ten z tą trawą i niebem?
Jadwiga
tylko pokiwała głową i wrzuciła warzywo do garnka.
Maria
wstała z małego stołeczka. Miała już plany na ten wczesny, aczkolwiek nadal
wieczór, a ponieważ nie była głodna (bo czasem tak jest, że jak się nawdychasz
dużo smakowitych zapachów, to albo jesteś jeszcze bardziej głodny, albo już
najedzony) wymówiła się nauką i wyszła. Kucharki początkowo nie były skłonne
wypuścić jej tak wcześnie, ale widząc ile już dziś zrobiła i wysłuchawszy jej
przekonujących argumentów, po prostu odpuściły. Może częściowo też dlatego, iż
była ona bardzo lubiana wśród nich.
A
Marysia istotnie, skierowała się do swojego pokoju (który ściślej mówiąc
dzieliła z jeszcze trzema dziewczynami), ale tylko na chwilę, a już na pewno
nie po to, by się uczyć. Sprawdziła, czy na pewno nikogo w nim nie ma i ze
starej, drewnianej komódki wyciągnęła spod sterty zeszytów mały kluczyk.
Był
on prosty w budowie. Ot, zwykły klucz, podobny do tych, których używamy na co
dzień. Jednak Maria widziała w nim coś niezwykłego. Jakąś magię, tajemnicę.
Przygodę, odbitą w kawałku metalu. Ścisnęła przedmiot mocno w dłoni, gładząc
kciukiem nierówną, zimną powierzchnię i pomknęła na korytarz, cicho zamykając
za sobą drzwi.
Bardzo
uważała, żeby nie narobić żadnego hałasu. Za cel obrała sobie strych, dlatego
musiała być wyjątkowo ostrożna. Znajdował się on na czwartym piętrze budynku,
jakim było tak zwane poddasze. Sufit tam był spadzisty, co nie koniecznie było
tego miejsca zaletą, ale z całą pewnością dodawał mu wyjątkowego charakteru. Na
piętrze znajdowało się kilka pokoi dla starszych mieszkańców ośrodka, czyli po
prostu opiekunów, kucharek oraz, nie można pominąć, sprzątaczek. Był tam także
dość osobliwy schowek na miotły, w którym osiemdziesiąt procent wyposażenia, ku
zdziwieniu niektórych, wcale nie stanowiły miotły. Może i powiedziałabym Wam,
co tam się znajduje jednakże jest to ściśle tajne, chronione tajemnicą
przypieczętowaną przez samą pannę Faustynę – dyrektorkę sierocińca.
Maria
posuwała się z wyjątkową zwinnością i przebiegłością, rozglądając się co
chwilę, po nieoświetlonym korytarzu bez okien. Jedynym źródłem światła były
złociste smugi, tlące się nieśmiało w szparach pomiędzy drzwiami a podłogą u
niektórych pokoi. „Tym lepiej” – pomyślała dziewczyna, jednak nie straciła na
czujności. Była też oczywiście lampa wisząca niepozornie na suficie, jednak
sami rozumiecie, że jeśli nie chciało być się zauważonym, rozsądniej było jej
nie zapalać. Kilka razy zdawało się nawet dziewczynie, że słyszy czyjeś kroki,
umiarkowany oddech, bądź nierówne bicie serca, lecz za każdym razem okazywał
się to fałszywy alarm. Może jej umysł płatał niezdrowe figle, a może słyszała
siebie samą?
W
końcu dotarła do upragnionych drzwi. Wędrówka nie była tak długa, jak mogłoby
się wydawać, bo bądź co bądź, był to tylko zwykły budynek (o ile zwykłym można
go nazwać), ale sami wiecie, jak czas potrafi się gimnastykować, kiedy jest się
pod wpływem silnych emocji, takich jak na przykład stres. Zwykła, metalowa
klamka o najprostszej budowie, jaką klamka może posiadać, zdawała się
niebezpiecznie srebrzyć. Istnieje oczywiście możliwość, że jest to tylko
wyobrażenie Marii, ale czy nie byłoby ciekawiej, gdyby tak się działo naprawdę?
Pomyślcie, klamka która sama was wzywa…
Dłonie
dziewczyny zadrżały. Dygocący kluczyk znalazł się po chwili (która równie
dobrze mogła być i godziną) znalazł się w dziurce. Maria popchnęła delikatnie
chropowate drewno, z którego były wykonane drzwi, a one ustąpiły natychmiast i
z głuchym skrzypnięciem otworzył się przed nią inny świat.
W
środku panował chyba jeszcze większy mrok, niż na korytarzu. Maria weszła
niepewnie, wahając się jeszcze przez chwilę. Przecież o tym marzyła od tak
dawna! Nie mogła przepuścić takiej okazji! Bo trzeba Wam wiedzieć, że Marysia
miała naturę podróżniczki; z chęciom odkrywała coraz to nowe pokoje w tym
posępnym budynku, w jakim przyszło jej odnaleźć swój dom, a kiedy w końcu w jej
ręce wpadł klucz od strychu, nie potrafiła już myśleć o niczym innym, jak tylko
o tym. Ale tak już czasem bywa, że kiedy coś o czym tak marzysz staje się
rzeczywistością, nagle pojawiają się wątpliwości i nieuzasadniony lęk, który
stłumiony wcześniejszą ekscytacją, odczuwasz dwa razy mocniej.
Drzwi
za brunetką zamknęły się same. Przynajmniej ona tak to odczuła. Prawda była
taka, że całkowicie nieświadoma sama pociągnęła za klamkę, powodując tym samym
wcześniej wymieniony efekt. Teraz poruszała się całkiem po omacku. Nie była tak
sprytna, jak myślała, bo gdyby rzeczywiście tak było, zapewne przewidziałaby
wzięcie jakiegokolwiek źródła światła (choćby latarki z baterią na wyczerpaniu).
Ale miała niewyobrażalne szczęście (a może pomoc od losu, który miał już co do
niej konkretne plany?), bo oto wpadła na jakiś karton, z którego wysypały się i
potoczyły niezwykle głośno, białe walce, jakby to określiła matematyczka, pani
Winiecka. Owymi geometrycznymi kształtami nie okazało się nic innego, jak kilka
prostych, woskowych świec. Jakaż była radość Marii, gdy w pudle znajdowały się
także zapałki! A to ci heca!
Po
krótkiej chwili dziewczyna trzymała już w ręku jedną ze świec, na której końcu
żarzył się nikły, ognisty języczek, z przyjemnością liżący swym bladym acz
wyjątkowo ciepłym (zwłaszcza w porównaniu z poprzednim mrokiem) światłem
wszystko w jego najbliższym otoczeniu. Maria pozwoliła sobie przez dosłownie
sekundę rozkoszować się cudem, po czym ruszyła dalej, co chwile mrużąc oczy, by
móc dokładnie zobaczyć to tajemnicze miejsce, jakim był strych na czwartym
piętrze.
Szła
tak i szła, wlokąc nogę za nogą. Powoli, by przypadkiem na coś nie wpaść, bo
chociaż istotnie, miała już świecę, a więc źródło światła, nadal nie było tu
zbyt jasno, a liczne kartony zlewały się z otoczeniem. Nagle czubek buta Marysi
zderzył się z czymś twardym. Była to rzecz niewielka; potoczyła się, a raczej
szurnęła przed siebie, choć siła wykopu nie była duża, gdyż jak już mówiłam
wcześniej, Marysia mówiąc konkretnie – wlokła się. Oczywiście, tylko z
ostrożności.
Zaciekawiona
co takiego znalazło się pod ostrzałem jej domowych bamboszy, kucnęła i z nosem
przy ziemi oraz świeczką nad uchem, badała dokładnie podłogę. Jest! Małe,
zielone i raczej niepozorne. Maria pochwyciła przedmiot w lewą rękę, gdyż prawą
miała zajętą z wiadomych powodów. Był to wisiorek na zardzewiałym, srebrnym
łańcuszku; w kształcie półksiężyca, wykonany ze szmaragdu. Taki niepozorny, a
dziewczyna nie potrafiła oderwać od niego wzroku.
Nie
dała rady pokusie, by przypatrzyć mu się lepiej. Oparła się plecami o jakieś
kartony i ze świecą w jednym ręku, a naszyjnikiem w drugiej okręcała go w
palcach, mrużąc oczy. Najpierw zobaczyła las. Było to tak niespodziewane, że o
mało nie wypuściła go z ręki. Zbliżyła mętny płomyk bliżej i zobaczyła łąkę;
przepiękne, rozległe równiny usiane wzdłuż i wszerz kwiatami. Obraz tak
intensywnie podziałał na jej wyobraźnię, że aż dzwoniło jej w uszach od
wesołego ćwierkania ptaków, a nozdrza wypełniał słodki, wiosenny zapach,
podobny do woni świeżo skoszonej trawy, acz o wiele przyjemniejszy. A może to
działo się naprawdę? W każdym razie Marii przez chwile wydawało się, że stoi
pośród wysokiej trawy, zieleniącej się od blasku słońca i słucha ptasiego chóru.
BUM!
Obraz,
którego wcześniej nie zauważyła, a który wisiał na równoległej, wolnej od
kartonów (niesamowite!) ścianie, spadł z hukiem na podłogę. Marysia
podskoczyła, wyrwana z amoku i upuściła zielony kamyczek w jubilerskiej obróbce.
Zaciekawiona powoli wstała i podeszła do obrazu. Przedstawiał on łąkę, a raczej
pustkowie na którym rosła jedynie nienaturalnie wysoka trawa, a niebo miało
intensywny kolor. Podniosła go i powiesiła z powrotem na wystający ze ściany
gwóźdź.
„Podobno
chcą sprzedać TEN obraz […] Ten z tą trawą i niebem?”
Maria
poczuła ogromny żal. Z nieuzasadnionych przyczyn pokochała malowidło.
Przejechała, po nierównej powierzchni i zamknęła oczy. W głowie usłyszała
szelest źdźbeł poruszanych delikatnymi podmuchami wiatru. Poczuła świeżość w
powietrzu i charakterystyczny zapach lasu. Nagle melodie zagłuszył jakiś inny
dźwięk, bardziej przyziemny i zwyczajny.
Stuk
Stuk Stuk
Przez
chwilę wydawało jej się, że ktoś idzie i spłoszona cofnęła dłoń, Jednak to nie
było to. Nie był to głuchy odgłos podeszwy odbijającej się od paneli, a raczej
bardziej ciepły, miły dźwięk, który automatycznie porównała z dziecięcym placem
zabaw. Odwróciła się.
Na
podłodze, tuż koło jej stopy, podskakiwał niebezpiecznie naszyjnik w kształcie
półksiężyca. Marysia nie zastanawiała się, dlaczego samoistnie się porusza, nie
zastanawiała się też, dlaczego zaczął świecić, jakby chciał pomóc zmęczonej
świecy i rozgarnąć trochę mrok. Po prostu wzięła go do ręki.
I
oto stało się coś dziwnego.
Naszyjnik
i obraz zaczęły się przyciągać.