niedziela, 17 listopada 2013

Próba 1

LUBIĘ PLACKI

PLACKI LUBIĘ

WŁAŚNIE


LUBIĘ PLACKI
Vivamus eu felis id metus placerat posuere. Curabitur sodales libero vel justo scelerisque vel lobortis tellus egestas. Proin commodo commodo rutrum. In in augue a arcu placerat euismod ut a neque. Maecenas eleifend urna sit amet libero consequat blandit. Phasellus commodo imperdiet malesuada. Mauris id nunc lectus, aliquet aliquam elit.
Nam mauris elit, dictum non consequat ac, auctor vehicula enim. Nullam vel dui vel nunc accumsan convallis vitae a quam. Vestibulum a nunc nec orci congue congue nec a tellus. Praesent aliquet pulvinar tellus sit amet commodo. Pellentesque viverra orci nec ante ullamcorper gravida. Ut adipiscing turpis a tortor congue euismod. Suspendisse rhoncus tincidunt lobortis. Praesent eu massa augue. Maecenas vel neque urna. Sed et nisi vel mauris scelerisque dictum quis in nisl. Vivamus nulla dui, semper a fringilla sit amet, faucibus et augue. Nullam egestas lacus at nibh pretium egestas volutpat eros blandit. Fusce pellentesque feugiat accumsan. Pellentesque eu tortor ipsum. Donec bibendum, purus at sodales consequat, arcu est vehicula sapien, sed dignissim nunc risus ut lacus.

PLACKI LUBIĘ
Suspendisse posuere libero vel lorem hendrerit dignissim. Fusce sagittis vehicula metus nec adipiscing. Integer fermentum interdum turpis consectetur eleifend. Vivamus varius vulputate mi, vel consequat eros posuere pellentesque. Proin orci erat, sollicitudin vel lacinia eget, suscipit sit amet libero. Aliquam vitae iaculis massa. Nam ornare lorem sed ligula convallis vitae luctus lacus convallis. Aenean volutpat odio id orci dictum ornare. Integer fermentum eleifend leo, ac adipiscing orci facilisis vestibulum. Maecenas sed arcu sem. Nullam suscipit porta blandit. Mauris cursus nisi at est luctus auctor. Praesent hendrerit, lorem sit amet sagittis mattis, enim sem pellentesque augue, nec cursus sapien elit a urna.

WŁAŚNIE
In odio nisi, ultrices sit amet dapibus sit amet, luctus sed nunc. Donec semper, metus eu gravida cursus, tellus magna convallis nibh, eget lacinia ipsum justo eget nulla. Proin dolor orci, aliquam a molestie facilisis, aliquet a justo. Pellentesque eu leo a enim vestibulum aliquam. Morbi diam tellus, sollicitudin non fermentum nec, aliquet vel erat. Pellentesque auctor tempus faucibus. Aenean molestie, erat eget aliquet mollis, sem odio pulvinar ligula, et tempor orci dui sit amet risus. Proin ante justo, fringilla in accumsan et, imperdiet vitae eros. Nulla nulla urna, volutpat non mattis id, gravida at velit. Vestibulum sapien odio, vulputate sit amet eleifend at, rhoncus in nisl. Donec quis tellus eros. Aenean consequat tincidunt turpis, pellentesque pellentesque lorem feugiat in. Donec tristique interdum dolor, id mattis ipsum dapibus id. Suspendisse metus mauris, pellentesque eu iaculis ac, blandit et odio.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Próbny


Sierociniec przy ulicy Janusza Korczaka był jednym z tych starych budynków, o których nawet sam właściciel niewiele wie, a o ilości pokoi świadczy jedynie ilość okien, co też nie jest do końca pewne, gdyż wiele z nich może nawet takowych nie posiadać. Budynek ten był trochę zaniedbany, a swym kształtem przypominał wielkie kartonowe pudło po butach, ale dzieci w nim mieszkające niewiele to obchodziło.

A dzieci było sporo. Z pozoru nieistotny szczegół dla historii, którą chcę wam opowiedzieć, jednak trzeba o tym wspomnieć, żeby zrozumieć jak trudno opiekunom ośrodka było dopilnować, żeby nikt nie wchodził w miejsca, w które wchodzić nie powinien i nie widział rzeczy, których nie widzieć nie miał. Tak, dzieci w sierocińcu było zbyt dużo.

Tego majowego dnia Maria miała dyżur w kuchni. Właśnie skończyła obierać ziemniaki i potajemnie nasłuchując o czym tak żywo dyskutują kucharki, spojrzała w małe okienko umieszczone stanowczo za blisko sufitu, poprzecinane zardzewiałymi kratami, przez które sączyło się blade, popołudniowe światło.
  - Słyszałam, że jutro przyjdzie ktoś, by zrobić porządek na tym starym strychu – powiedziała z przejęciem pani Jadwiga, obierając dziesiątą już marchewkę.
  - Tak? – ożywiła się nagle Wanda, która do tej pory gotowała coś w dużym, metalowym garze.
  - Podobno chcą sprzedać TEN obraz – ciągnęła dalej pierwsza kucharka, wyraźnie zadowolona z tak dużego zainteresowania tematem, który sama rozpoczęła.
  - Ten z tą trawą i niebem?
Jadwiga tylko pokiwała głową i wrzuciła warzywo do garnka.

Maria wstała z małego stołeczka. Miała już plany na ten wczesny, aczkolwiek nadal wieczór, a ponieważ nie była głodna (bo czasem tak jest, że jak się nawdychasz dużo smakowitych zapachów, to albo jesteś jeszcze bardziej głodny, albo już najedzony) wymówiła się nauką i wyszła. Kucharki początkowo nie były skłonne wypuścić jej tak wcześnie, ale widząc ile już dziś zrobiła i wysłuchawszy jej przekonujących argumentów, po prostu odpuściły. Może częściowo też dlatego, iż była ona bardzo lubiana wśród nich.

A Marysia istotnie, skierowała się do swojego pokoju (który ściślej mówiąc dzieliła z jeszcze trzema dziewczynami), ale tylko na chwilę, a już na pewno nie po to, by się uczyć. Sprawdziła, czy na pewno nikogo w nim nie ma i ze starej, drewnianej komódki wyciągnęła spod sterty zeszytów mały kluczyk.

Był on prosty w budowie. Ot, zwykły klucz, podobny do tych, których używamy na co dzień. Jednak Maria widziała w nim coś niezwykłego. Jakąś magię, tajemnicę. Przygodę, odbitą w kawałku metalu. Ścisnęła przedmiot mocno w dłoni, gładząc kciukiem nierówną, zimną powierzchnię i pomknęła na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi.

Bardzo uważała, żeby nie narobić żadnego hałasu. Za cel obrała sobie strych, dlatego musiała być wyjątkowo ostrożna. Znajdował się on na czwartym piętrze budynku, jakim było tak zwane poddasze. Sufit tam był spadzisty, co nie koniecznie było tego miejsca zaletą, ale z całą pewnością dodawał mu wyjątkowego charakteru. Na piętrze znajdowało się kilka pokoi dla starszych mieszkańców ośrodka, czyli po prostu opiekunów, kucharek oraz, nie można pominąć, sprzątaczek. Był tam także dość osobliwy schowek na miotły, w którym osiemdziesiąt procent wyposażenia, ku zdziwieniu niektórych, wcale nie stanowiły miotły. Może i powiedziałabym Wam, co tam się znajduje jednakże jest to ściśle tajne, chronione tajemnicą przypieczętowaną przez samą pannę Faustynę – dyrektorkę sierocińca.

Maria posuwała się z wyjątkową zwinnością i przebiegłością, rozglądając się co chwilę, po nieoświetlonym korytarzu bez okien. Jedynym źródłem światła były złociste smugi, tlące się nieśmiało w szparach pomiędzy drzwiami a podłogą u niektórych pokoi. „Tym lepiej” – pomyślała dziewczyna, jednak nie straciła na czujności. Była też oczywiście lampa wisząca niepozornie na suficie, jednak sami rozumiecie, że jeśli nie chciało być się zauważonym, rozsądniej było jej nie zapalać. Kilka razy zdawało się nawet dziewczynie, że słyszy czyjeś kroki, umiarkowany oddech, bądź nierówne bicie serca, lecz za każdym razem okazywał się to fałszywy alarm. Może jej umysł płatał niezdrowe figle, a może słyszała siebie samą?

W końcu dotarła do upragnionych drzwi. Wędrówka nie była tak długa, jak mogłoby się wydawać, bo bądź co bądź, był to tylko zwykły budynek (o ile zwykłym można go nazwać), ale sami wiecie, jak czas potrafi się gimnastykować, kiedy jest się pod wpływem silnych emocji, takich jak na przykład stres. Zwykła, metalowa klamka o najprostszej budowie, jaką klamka może posiadać, zdawała się niebezpiecznie srebrzyć. Istnieje oczywiście możliwość, że jest to tylko wyobrażenie Marii, ale czy nie byłoby ciekawiej, gdyby tak się działo naprawdę? Pomyślcie, klamka która sama was wzywa…

Dłonie dziewczyny zadrżały. Dygocący kluczyk znalazł się po chwili (która równie dobrze mogła być i godziną) znalazł się w dziurce. Maria popchnęła delikatnie chropowate drewno, z którego były wykonane drzwi, a one ustąpiły natychmiast i z głuchym skrzypnięciem otworzył się przed nią inny świat.

W środku panował chyba jeszcze większy mrok, niż na korytarzu. Maria weszła niepewnie, wahając się jeszcze przez chwilę. Przecież o tym marzyła od tak dawna! Nie mogła przepuścić takiej okazji! Bo trzeba Wam wiedzieć, że Marysia miała naturę podróżniczki; z chęciom odkrywała coraz to nowe pokoje w tym posępnym budynku, w jakim przyszło jej odnaleźć swój dom, a kiedy w końcu w jej ręce wpadł klucz od strychu, nie potrafiła już myśleć o niczym innym, jak tylko o tym. Ale tak już czasem bywa, że kiedy coś o czym tak marzysz staje się rzeczywistością, nagle pojawiają się wątpliwości i nieuzasadniony lęk, który stłumiony wcześniejszą ekscytacją, odczuwasz dwa razy mocniej.

Drzwi za brunetką zamknęły się same. Przynajmniej ona tak to odczuła. Prawda była taka, że całkowicie nieświadoma sama pociągnęła za klamkę, powodując tym samym wcześniej wymieniony efekt. Teraz poruszała się całkiem po omacku. Nie była tak sprytna, jak myślała, bo gdyby rzeczywiście tak było, zapewne przewidziałaby wzięcie jakiegokolwiek źródła światła (choćby latarki z baterią na wyczerpaniu). Ale miała niewyobrażalne szczęście (a może pomoc od losu, który miał już co do niej konkretne plany?), bo oto wpadła na jakiś karton, z którego wysypały się i potoczyły niezwykle głośno, białe walce, jakby to określiła matematyczka, pani Winiecka. Owymi geometrycznymi kształtami nie okazało się nic innego, jak kilka prostych, woskowych świec. Jakaż była radość Marii, gdy w pudle znajdowały się także zapałki! A to ci heca!

Po krótkiej chwili dziewczyna trzymała już w ręku jedną ze świec, na której końcu żarzył się nikły, ognisty języczek, z przyjemnością liżący swym bladym acz wyjątkowo ciepłym (zwłaszcza w porównaniu z poprzednim mrokiem) światłem wszystko w jego najbliższym otoczeniu. Maria pozwoliła sobie przez dosłownie sekundę rozkoszować się cudem, po czym ruszyła dalej, co chwile mrużąc oczy, by móc dokładnie zobaczyć to tajemnicze miejsce, jakim był strych na czwartym piętrze.



Szła tak i szła, wlokąc nogę za nogą. Powoli, by przypadkiem na coś nie wpaść, bo chociaż istotnie, miała już świecę, a więc źródło światła, nadal nie było tu zbyt jasno, a liczne kartony zlewały się z otoczeniem. Nagle czubek buta Marysi zderzył się z czymś twardym. Była to rzecz niewielka; potoczyła się, a raczej szurnęła przed siebie, choć siła wykopu nie była duża, gdyż jak już mówiłam wcześniej, Marysia mówiąc konkretnie – wlokła się. Oczywiście, tylko z ostrożności.

Zaciekawiona co takiego znalazło się pod ostrzałem jej domowych bamboszy, kucnęła i z nosem przy ziemi oraz świeczką nad uchem, badała dokładnie podłogę. Jest! Małe, zielone i raczej niepozorne. Maria pochwyciła przedmiot w lewą rękę, gdyż prawą miała zajętą z wiadomych powodów. Był to wisiorek na zardzewiałym, srebrnym łańcuszku; w kształcie półksiężyca, wykonany ze szmaragdu. Taki niepozorny, a dziewczyna nie potrafiła oderwać od niego wzroku.

Nie dała rady pokusie, by przypatrzyć mu się lepiej. Oparła się plecami o jakieś kartony i ze świecą w jednym ręku, a naszyjnikiem w drugiej okręcała go w palcach, mrużąc oczy. Najpierw zobaczyła las. Było to tak niespodziewane, że o mało nie wypuściła go z ręki. Zbliżyła mętny płomyk bliżej i zobaczyła łąkę; przepiękne, rozległe równiny usiane wzdłuż i wszerz kwiatami. Obraz tak intensywnie podziałał na jej wyobraźnię, że aż dzwoniło jej w uszach od wesołego ćwierkania ptaków, a nozdrza wypełniał słodki, wiosenny zapach, podobny do woni świeżo skoszonej trawy, acz o wiele przyjemniejszy. A może to działo się naprawdę? W każdym razie Marii przez chwile wydawało się, że stoi pośród wysokiej trawy, zieleniącej się od blasku słońca i słucha ptasiego chóru.

BUM!

Obraz, którego wcześniej nie zauważyła, a który wisiał na równoległej, wolnej od kartonów (niesamowite!) ścianie, spadł z hukiem na podłogę. Marysia podskoczyła, wyrwana z amoku i upuściła zielony kamyczek w jubilerskiej obróbce. Zaciekawiona powoli wstała i podeszła do obrazu. Przedstawiał on łąkę, a raczej pustkowie na którym rosła jedynie nienaturalnie wysoka trawa, a niebo miało intensywny kolor. Podniosła go i powiesiła z powrotem na wystający ze ściany gwóźdź.
„Podobno chcą sprzedać TEN obraz […] Ten z tą trawą i niebem?”
Maria poczuła ogromny żal. Z nieuzasadnionych przyczyn pokochała malowidło. Przejechała, po nierównej powierzchni i zamknęła oczy. W głowie usłyszała szelest źdźbeł poruszanych delikatnymi podmuchami wiatru. Poczuła świeżość w powietrzu i charakterystyczny zapach lasu. Nagle melodie zagłuszył jakiś inny dźwięk, bardziej przyziemny i zwyczajny.
Stuk Stuk Stuk
Przez chwilę wydawało jej się, że ktoś idzie i spłoszona cofnęła dłoń, Jednak to nie było to. Nie był to głuchy odgłos podeszwy odbijającej się od paneli, a raczej bardziej ciepły, miły dźwięk, który automatycznie porównała z dziecięcym placem zabaw. Odwróciła się.

Na podłodze, tuż koło jej stopy, podskakiwał niebezpiecznie naszyjnik w kształcie półksiężyca. Marysia nie zastanawiała się, dlaczego samoistnie się porusza, nie zastanawiała się też, dlaczego zaczął świecić, jakby chciał pomóc zmęczonej świecy i rozgarnąć trochę mrok. Po prostu wzięła go do ręki.

I oto stało się coś dziwnego.

Naszyjnik i obraz zaczęły się przyciągać. 


piątek, 29 marca 2013

Fragment "Czarny Smok"


Rozdział  1 ”Ida jest człowiekiem”
Sierociniec przy ulicy J. Korczaka był dużym, szarym budynkiem, otoczonym wysokim płotem. Nie był zbyt wesołym miejscem, chodź nie należał też do tych miejsc smutnych. Można by powiedzieć, że jest jak każdy inny sierociniec w kraju, co oczywiście nie mijałoby się wiele z prawdą.

Istotnie, budynek był jak każdy. Te wielkie, szare pudło, bo taki właśnie miał kształt - kształt wielkiego, szarego pudła, było domem Idy. Mieszkała w nim odkąd sięgała pamięciom. Była bardzo ładna. Miała długie, miękkie włosy w kolorze ciemnego blondu i duże oczy, o niespotykanym, szmaragdowym kolorze, otoczone gęstym wachlarzem rzęs. Z tłumu wyróżniała się głównie dzięki nim i to właśnie one były przyczyną jej niezwykłości. Bowiem Ida posiadała pewien dar.

Kolacja zakończyła się jak zwykle po osiemnastej. Podopieczni sierocińca mieli teraz chwile czasu dla siebie przed ciszą nocną. Ida wykorzystywała ten czas najlepiej jak umiała. Kiedy było ciepło kochała wychodzić na duże podwórko znajdujące się za ośrodkiem, natomiast gdy było zimno, siadała na parapecie i patrzyła, jak złota kula chowa się za horyzontem. Dzisiaj był jeden z tych ciepłych wieczorów.

Blondynka wymknęła się niepostrzeżenie. Kiedy była już na zewnątrz, usiadła na drewnianej huśtawce, postawionej po lewej stronie budynku. Była to chyba jedyna atrakcja na podwórku, a za dnia kolejka do niej nie miała końca.

Wilgotna, soczysta trawa przyjemnie muskała jej gołe stopy. Ida bowiem w pośpiechu zapomniała założyć butów. Ale komu one potrzebne?! Przecież są tylko niepotrzebnym ciężarem. Na niebie piętrzyły się kolorowe łuny, dając znak, że oto największy pan nieba – słońce, idzie właśnie na zasłużony odpoczynek. Nagle, dosłownie znikąd, jakaś czarna kropka błysnęła na zachodzie. Zaczęła robić się coraz większa i większa, aż w końcu Ida poznała, że to wcale nie kropka, a olbrzymie, łuskowate cielsko o smukłej budowie i rozłożystych, nietoperzych skrzydłach.

Potwór wylądował lekko, płynnie przybliżając się do podłoża. Zatrzepotał ostatni raz skrzydłami, których rozpiętość była tak duża, że z trudem mieściły się na, przecież nie małym, podwórku, po czym je złożył. Zamrugał kilkakrotnie niebieskimi oczyma, odbijającymi się znacznie od reszty ubarwienia i spojrzał prosto w twarz Idy.

Dziewczyna nie kryła zdziwienia. Pomimo iż temat magii i magicznych stworzeń był jej tak daleki, jak ludziom dalekie jest niebo, doskonale potrafiła rozpoznać poczwarę. Bez dwóch zdań – był to smok. Olbrzymi, czarny smok poruszający się z gracją baletnicy, władając swym doskonale wyrzeźbionym cielskiem, niczym najdoskonalszy malarz swym pędzlem.

Majestatyczność potwora nie uśmierzała jednak lęku. Przeciwnie. Budziła jeszcze większa grozę i respekt, bowiem miało się wrażenie, że te zwierze o smoczym usposobieniu, to nikt inny jak potężny król, któremu kłaniają się nawet  lwy.

Ida uporczywie patrzyła na grube, uzbrojone w długie pazury, łapy stwora, pokornie oczekując aż ten zionie ogniem, bądź jednym kłapnięciem olbrzymiej paszczy ją pożre. Jednak nic takiego się nie stało. Zaczęło ją natomiast coraz bardziej korcić, by spojrzeć mu w oczy. Powstrzymywała się z niemałym trudem, wiedząc, że może przez to poznać wszystkie jego sekrety, czy zamiary, w które nie koniecznie miała ochotę się zgłębiać. Tajemnicza otoczka nadawała mu jeszcze więcej doskonałości.

Nie dała jednak rady. Niebieskie ślepia były tak przyciągające, działając na nią jak najsilniejszy magnez, że już po krótkiej chwili, jej szmaragdowe tęczówki błysnęły znanym jej blaskiem i patrzyły się prosto w oczy smoka.

  -Kim jesteś? - wydusiła cicho, niemal szeptem, podczas gdy potwór uporczywie milczał.

Jestem smokiem.

Usłyszała w swojej głowie ciepły, niski głos, przedstawiający je zwięzłą odpowiedź.
  -A ja jestem człowiekiem – odpowiedziała tak samo cicho jak przed chwilą.

Jak masz na imię, człowieku?

Głos smoka rozwiewał wszystkie jej obawy. Był tak spokojny, że dziewczyna nie mogła mu nie zaufać.
  -Ida, a ty?

Ja jestem Arian.

Ida uśmiechnęła się przyjaźnie. Odepchnęła się nogami od trawy i zaczęła się rytmicznie huśtać. Zamknęła na chwilę oczy i poprosiła:
  -Opowiedz mi coś o sobie, Arianie.

Nie usłyszała jednak odpowiedzi. Zdawszy sobie sprawę z własnego błędu błyskawicznie otworzyła oczy i wlepiła je w niebieskie ślepia smoka, dając mu znak, że może mówić.

Nie pochodzę z twojego kraju.

Zaczął pewnie Arian.

Jak się pewnie domyślasz, nie pochodzę nawet z Twojego Świata.
Moim domem jest Pierwszy Świat – ojczyzna i dom najróżniejszych gatunków stworzeń.
Można tam spotkać między innymi Elfy i Trolle, których nie zauważyłem lecąc przez Twój Świat. Czy u was też mieszkają?

  -Niestety nie – odpowiedziała z niekrytym smutkiem Ida. - Dlaczego tu przyleciałeś, Smoku?

Cóż... Przyleciałem po Ciebie, droga Ido.
Pierwszy Świat potrzebuje pomocy.
Widząca poleciła mi, bym przyprowadził człowieka o zielonych oczach.
Jesteś człowiekiem i masz zielone oczy, prawda?

  -Tak, ale w Moim Świecie żyje wielu ludzi o tym samym kolorze oczu co ja, więc dlaczego myślisz, że to właśnie mnie miała namyśli Widząca?

Czuje to.
To musisz być ty.
A teraz wskakuj.
Zabieram cię do Pierwszego Świata.

Dziewczyna zawahała się. Nie można było opuszczać Sierocińca po kolacji, a o ile dobrze pamiętała, takowy posiłek miała już niestety za sobą. Jednak przekonanie, iż to tylko sen, nie dawało jej spokoju. Przecież, gdyby wsiadła na smoka we śnie nic by się przecież nie stało, prawda? Nie złamałby regulaminu ośrodka ani nie stałaby jej się żadna krzywda.

Wszystko wokół niej było takie realistyczne  jednocześnie nierealne. Mokra trawa, uginająca się pod ciężarem jej stóp oraz słońce, które zdążyło nabrać już kolor dojrzałej pomarańczy i ostatnimi promieniami ogrzewało Ziemię, zanim pogrąży się we śnie razem z nocą. Wszystko to było tak namacalne, takie codziennie i zwyczajne, a jednocześnie inne.

To smok. To on zaburzał naturalną równowagę. Ida przetarła oczy, czy to ze zmęczenia, czy żeby przekonać się, że naprawdę stoi przed nią wielki, czarny gad. Podeszła do niego nieśmiało i przejechała opuszkami palców po błyszczących łuskach, podczas gdy potwór, który nie wydawał się już taki upiorny i nieczuły jak wcześniej, nawet nie drgnął.

  - Dobrze – mruknęła bardziej do siebie, niż do smoka – Zrobię to. Co mi szkodzi? - zapewniała się, nadal będąc w przekonaniu, że to tylko senne mary nawiedzają jej głowę i płatają figle uśpionym zmysłom, łaknącym urozmaicenia od codziennej rutyny.

Jak się okazało, podjęcie decyzji wcale nie było trudne, w obliczu późniejszych problemów. Otóż, Ida w żaden sposób nie była wstanie wdrapać się na olbrzyma. Arian pomagał jej jak umiał, posapując przy tym czasem, lecz jego łuskowate cielsko skutecznie udaremniało ich wysiłki. W końcu, gdy bezradna dziewczyna miała się już poddać, smok zmusił ją, by spojrzała mu w oczy.

W dwóch szmaragdach, umieszczonych na porcelanowej twarzy, rozbłysły iskierki.

Nie poddawaj się!
Mam pomysł!

Oznajmił błyskotliwie dudniący, głęboki głos w jej głowie.

Złap się mojego ogona (tylko mocno się trzymaj!),
a ja spróbuję bezpiecznie przenieść Cię na mój grzbiet.

Idzie nie pozostało nic, jak tylko pokornie się zgodzić. Bardzo zapaliła się na tą nową przygodę, chodźby miała odbyć się tylko we śnie.

Zaczekaj jeszcze!

Zawołał w myślach Arian, zanim zdążyła odwrócić wzrok i odejść.

Czy kiedy będziemy lecieć,
czy mogłabyś opowiedzieć mi o swoim świecie?

Poprosił, co nie mało ją zdziwiło. Przecież Jej Świat był taki nieciekawy! Pełen rozwścieczonych samochodów, warczących na wszystkich i dzień w dzień przejeżdżających pod oknami Sierocińca przy ulicy Janusza Korczaka, albo ludzi, którym nigdy nic się nie podoba, nie ważne czy świeci słońce, czy pada deszcz. Co innego Świat Smoka – Pierwszy Świat, jak to określał! Magiczne stworzenia, Elfy, Wróżki, Magia! Wszystko to było takie fascynujące i... nowe, bo Ida nigdy nie interesowała się fantastyką, dlatego było zdziwiona wybrykami jej umysłu.

I kiedy w końcu zasiadła na grzbiecie potwora, szczelnie oplatając jego szyje rękoma i zaciskając kurczowo biodra, a smok wzbił się w powietrze tak gładko, prawie niewyczuwalnie, zamknęła oczy i jedyne czego już się obawiała to, że obudzi się zanim historia dobiegnie końca.

czwartek, 28 marca 2013

Sierociniec przy ulicy J. Korczaka był dużym, szarym budynkiem, otoczonym wysokim płotem. Nie był zbyt wesołym miejscem, chodź nie należał też do tych miejsc smutnych. Można by powiedzieć, że jest jak każdy inny sierociniec w kraju, co oczywiście nie mijałoby się wiele z prawdą.
Istotnie, budynek był jak każdy. Te wielkie, szare pudło, bo taki właśnie miał kształt - kształt wielkiego, szarego pudła, było domem Idy. Mieszkała w nim odkąd sięgała pamięciom. Była bardzo ładna. Miała długie, miękkie włosy w kolorze ciemnego blondu i duże oczy, o niespotykanym, szmaragdowym kolorze, otoczone gęstym wachlarzem rzęs. Z tłumu wyróżniała się głównie dzięki nim i to właśnie one były przyczyną jej niezwykłości. Bowiem Ida posiadała pewien dar.
Kolacja zakończyła się jak zwykle po osiemnastej. Podopieczni sierocińca mieli teraz chwile czasu dla siebie przed ciszą nocną. Ida wykorzystywała ten czas najlepiej jak umiała. Kiedy było ciepło kochała wychodzić na duże podwórko znajdujące się za ośrodkiem, natomiast gdy było zimno, siadała na parapecie i patrzyła, jak złota kula chowa się za horyzontem. Dzisiaj był jeden z tych ciepłych wieczorów.
Blondynka wymknęła się niepostrzeżenie. Kiedy była już na zewnątrz, usiadła na drewnianej huśtawce, postawionej po lewej stronie budynku. Była to chyba jedyna atrakcja na podwórku, a za dnia kolejka do niej nie miała końca.
Wilgotna, soczysta trawa przyjemnie muskała jej gołe stopy. Ida bowiem w pośpiechu zapomniała założyć butów. Ale komu one potrzebne?! Przecież są tylko niepotrzebnym ciężarem. Na niebie piętrzyły się kolorowe łuny, dając znak, że oto największy pan nieba – słońce, idzie właśnie na zasłużony odpoczynek. Nagle, dosłownie znikąd, jakaś czarna kropka błysnęła na zachodzie. Zaczęła robić się coraz większa i większa, aż w końcu Ida poznała, że to wcale nie kropka, a olbrzymie, łuskowate cielsko o smukłej budowie i rozłożystych, nietoperzych skrzydłach.
Potwór wylądował lekko, płynnie przybliżając się do podłoża. Zatrzepotał ostatni raz skrzydłami, których rozpiętość była tak duża, że z trudem mieściły się na, przecież nie małym, podwórku, po czym je złożył. Zamrugał kilkakrotnie niebieskimi oczyma, odbijającymi się znacznie od reszty ubarwienia i spojrzał prosto w twarz Idy.
Dziewczyna nie kryła zdziwienia. Pomimo iż temat magii i magicznych stworzeń był jej tak daleki, jak ludziom dalekie jest niebo, doskonale potrafiła rozpoznać poczwarę. Bez dwóch zdań – był to smok. Olbrzymi, czarny smok poruszający się z gracją baletnicy, władając swym doskonale wyrzeźbionym cielskiem, niczym najdoskonalszy malarz swym pędzlem.
Majestatyczność potwora nie uśmierzała jednak lęku. Przeciwnie. Budziła jeszcze większa grozę i respekt, bowiem miało się wrażenie, że te zwierze o smoczym usposobieniu, to nikt inny jak potężny król, któremu kłaniają się nawet lwy.
Ida uporczywie patrzyła na grube, uzbrojone w długie pazury, łapy stwora, pokornie oczekując aż ten zionie ogniem, bądź jednym kłapnięciem olbrzymiej paszczy ją pożre. Jednak nic takiego się nie stało. Zaczęło ją natomiast coraz bardziej korcić, by spojrzeć mu w oczy. Powstrzymywała się z niemałym trudem, wiedząc, że może przez to poznać wszystkie jego sekrety, czy zamiary, w które nie koniecznie miała ochotę się zgłębiać. Tajemnicza otoczka nadawała mu jeszcze więcej doskonałości.
Nie dała jednak rady. Niebieskie ślepia były tak przyciągające, działając na nią jak najsilniejszy magnez, że już po krótkiej chwili, jej szmaragdowe tęczówki błysnęły znanym jej blaskiem i patrzyły się prosto w oczy smoka.
-Kim jesteś? - wydusiła cicho, niemal szeptem, podczas gdy potwór uporczywie milczał.
Jestem smokiem.
Usłyszała w swojej głowie ciepły, niski głos, przedstawiający je zwięzłą odpowiedź.
-A ja jestem człowiekiem – odpowiedziała tak samo cicho jak przed chwilą.
Jak masz na imię, człowieku?
Głos smoka rozwiewał wszystkie jej obawy. Był tak spokojny, że dziewczyna nie mogła mu nie zaufać.
-Ida, a ty?
Ja jestem Hiden.
Ida uśmiechnęła się przyjaźnie. Odepchnęła się nogami od trawy i zaczęła się rytmicznie huśtać. Zamknęła na chwilę oczy i poprosiła:
-Opowiedz mi coś o sobie, Hiden.
Nie usłyszała jednak odpowiedzi. Zdawszy sobie sprawę z własnego błędu błyskawicznie otworzyła oczy i wlepiła je w niebieskie ślepia smoka, dając mu znak, że może mówić.
Nie pochodzę z twojego kraju.
Zaczął pewnie Hiden.
Jak się pewnie domyślasz, nie pochodzę nawet z twojego świata.
Moim domem jest Pierwszy Świat – ojczyzna i dom najróżniejszych gatunków stworzeń.
Można tam spotkać między innymi Elfy i trolle, których nie zauważyłem lecąc przez Twój Świat. Czy u was też mieszkają?
-Niestety nie – odpowiedziała z niekrytym smutkiem Ida. - Dlaczego tu przyleciałeś, Smoku?
Cóż... Przyleciałem po Ciebie, droga Ido.
Pierwszy Świat potrzebuje pomocy.
Widząca poleciła mi, bym przyprowadził człowieka o zielonych oczach.
Jesteś człowiekiem i masz zielone oczy, prawda?
-Tak, ale w Moim Świecie żyje wielu ludzi o tym samym kolorze oczu co ja, więc dlaczego myślisz, że to właśnie mnie miała namyśli Widząca?
Czuje to.
To musisz być ty.
A teraz wskakuj.
Zabieram cię do Pierwszego Świata.
Dziewczyna zawahała się. Nie można było opuszczać Sierocińca po kolacji, a o ile dobrze pamiętała, takowy posiłek miała już niestety za sobą. Jednak przekonanie, iż to tylko sen, nie dawało jej spokoju. Przecież, gdyby wsiadła na smoka we śnie nic bu się prz3ecież nie stało, prawda? Nie złamałby regulaminu ośrodka ani nie stałaby się jej żadna krzywda.
Wszystko wokół niej było takie realistyczne jednocześnie nierealne. Mokra trawa, uginająca się pod ciężarem jej stóp i słońce, które zdążyło nabrać już koloru dojrzałej pomarańczy i ostatnimi promieniami ogrzewało Ziemię, zanim pogrąży się we śnie razem z nocą. Wszystko to było tak namacalne, takie codziennie i zwyczajne, a jednocześnie inne.
To smok. To on zaburzał naturalną równowagę. Ida przetarła oczy, czy to ze zmęczenia, czy żeby przekonać się, że naprawdę stoi przed nią wielki, czarny gad. Podeszła do niego nieśmiało i przejechała opuszkami palców po błyszczących łuskach, podczas gdy potwór, który nie wydawał się już taki upiorny i nieczuły jak wcześnie, nawet nie drgnął.
- Dobrze – mruknęła bardziej do siebie, niż do smoka – Zrobię to. Co mi szkodzi? - zapewniała się, nadal będąc w przekonaniu, że to tylko senne mary, nawiedzają jej głowę i płatają figle uśpionym zmysłom, łaknącym urozmaicenia od codziennej rutyny.
Jak się okazało, podjęcie decyzji wcale nie było trudne, w obliczu późniejszych problemów. Otóż, Ida w żaden sposób nie była wstanie wdrapać się na olbrzyma. Hiden pomagał jej jak umiał, posapując przy tym czasem, lecz jego łuskowate cielsko skutecznie udaremniało ich wysiłki. W końcu, gdy bezradna dziewczyna miała się już poddać, smok zmusił ją, by spojrzała mu w oczy.
W dwóch szmaragdach, umieszczonych na porcelanowej twarzy, rozbłysły iskierki.
Nie poddawaj się!
Mam pomysł!
Oznajmił błyskotliwie dudniący, głęboki głos w jej głowie.
Złap się mojego ogona (tylko mocno się trzymaj!,
a ja spróbuję bezpiecznie przenieść Cię na mój grzbiet.
Idzie nie pozostało nic, jak tylko pokornie się zgodzić. Bardzo zapaliła się na tą nową przygodę, chodźby miała odbyć się tylko we śnie.
Zaczekaj jeszcze!
Zawołał w myślach Hiden, zanim zdążyła odwrócić wzrok i odejść.
Czy kiedy będziemy lecieć,
czy mogłabyś opowiedzieć mi o swoim świecie?
Poprosił, co nie mało ją zdziwiło. Przecież Jej Świat był taki nieciekawy! Pełen rozwścieczonych samochodów, warczących na wszystkich i dzień w dzień przejeżdżających pod oknami Sierocińca przy ulicy Janusza Korczaka, albo ludzi, którym nigdy nic się nie podoba, nie ważne czy świeci słońce, czy pada deszcz. Co innego Świat Smoka – Pierwszy Świat, jak to określał! Magiczne stworzenia, Elfy, Wróżki, Magia! Wszystko to było takie fascynujące i... nowe, bo Ida nigdy nie interesowała się fantastyką, dlatego było zdziwiona wybrykami jej umysłu.
I kiedy w końcu zasiadła na grzbiecie potwora, szczelnie oplatając jego szyje rękoma i zaciskając kurczowo biodra, a smok wzbił się w powietrze tak gładko, prawie niewyczuwalnie, zamknęła oczy i jedyne czego już się obawiała to, że obudzi się zanim historia dobiegnie końca.

Obserwatorzy