niedziela, 7 kwietnia 2013

Próbny


Sierociniec przy ulicy Janusza Korczaka był jednym z tych starych budynków, o których nawet sam właściciel niewiele wie, a o ilości pokoi świadczy jedynie ilość okien, co też nie jest do końca pewne, gdyż wiele z nich może nawet takowych nie posiadać. Budynek ten był trochę zaniedbany, a swym kształtem przypominał wielkie kartonowe pudło po butach, ale dzieci w nim mieszkające niewiele to obchodziło.

A dzieci było sporo. Z pozoru nieistotny szczegół dla historii, którą chcę wam opowiedzieć, jednak trzeba o tym wspomnieć, żeby zrozumieć jak trudno opiekunom ośrodka było dopilnować, żeby nikt nie wchodził w miejsca, w które wchodzić nie powinien i nie widział rzeczy, których nie widzieć nie miał. Tak, dzieci w sierocińcu było zbyt dużo.

Tego majowego dnia Maria miała dyżur w kuchni. Właśnie skończyła obierać ziemniaki i potajemnie nasłuchując o czym tak żywo dyskutują kucharki, spojrzała w małe okienko umieszczone stanowczo za blisko sufitu, poprzecinane zardzewiałymi kratami, przez które sączyło się blade, popołudniowe światło.
  - Słyszałam, że jutro przyjdzie ktoś, by zrobić porządek na tym starym strychu – powiedziała z przejęciem pani Jadwiga, obierając dziesiątą już marchewkę.
  - Tak? – ożywiła się nagle Wanda, która do tej pory gotowała coś w dużym, metalowym garze.
  - Podobno chcą sprzedać TEN obraz – ciągnęła dalej pierwsza kucharka, wyraźnie zadowolona z tak dużego zainteresowania tematem, który sama rozpoczęła.
  - Ten z tą trawą i niebem?
Jadwiga tylko pokiwała głową i wrzuciła warzywo do garnka.

Maria wstała z małego stołeczka. Miała już plany na ten wczesny, aczkolwiek nadal wieczór, a ponieważ nie była głodna (bo czasem tak jest, że jak się nawdychasz dużo smakowitych zapachów, to albo jesteś jeszcze bardziej głodny, albo już najedzony) wymówiła się nauką i wyszła. Kucharki początkowo nie były skłonne wypuścić jej tak wcześnie, ale widząc ile już dziś zrobiła i wysłuchawszy jej przekonujących argumentów, po prostu odpuściły. Może częściowo też dlatego, iż była ona bardzo lubiana wśród nich.

A Marysia istotnie, skierowała się do swojego pokoju (który ściślej mówiąc dzieliła z jeszcze trzema dziewczynami), ale tylko na chwilę, a już na pewno nie po to, by się uczyć. Sprawdziła, czy na pewno nikogo w nim nie ma i ze starej, drewnianej komódki wyciągnęła spod sterty zeszytów mały kluczyk.

Był on prosty w budowie. Ot, zwykły klucz, podobny do tych, których używamy na co dzień. Jednak Maria widziała w nim coś niezwykłego. Jakąś magię, tajemnicę. Przygodę, odbitą w kawałku metalu. Ścisnęła przedmiot mocno w dłoni, gładząc kciukiem nierówną, zimną powierzchnię i pomknęła na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi.

Bardzo uważała, żeby nie narobić żadnego hałasu. Za cel obrała sobie strych, dlatego musiała być wyjątkowo ostrożna. Znajdował się on na czwartym piętrze budynku, jakim było tak zwane poddasze. Sufit tam był spadzisty, co nie koniecznie było tego miejsca zaletą, ale z całą pewnością dodawał mu wyjątkowego charakteru. Na piętrze znajdowało się kilka pokoi dla starszych mieszkańców ośrodka, czyli po prostu opiekunów, kucharek oraz, nie można pominąć, sprzątaczek. Był tam także dość osobliwy schowek na miotły, w którym osiemdziesiąt procent wyposażenia, ku zdziwieniu niektórych, wcale nie stanowiły miotły. Może i powiedziałabym Wam, co tam się znajduje jednakże jest to ściśle tajne, chronione tajemnicą przypieczętowaną przez samą pannę Faustynę – dyrektorkę sierocińca.

Maria posuwała się z wyjątkową zwinnością i przebiegłością, rozglądając się co chwilę, po nieoświetlonym korytarzu bez okien. Jedynym źródłem światła były złociste smugi, tlące się nieśmiało w szparach pomiędzy drzwiami a podłogą u niektórych pokoi. „Tym lepiej” – pomyślała dziewczyna, jednak nie straciła na czujności. Była też oczywiście lampa wisząca niepozornie na suficie, jednak sami rozumiecie, że jeśli nie chciało być się zauważonym, rozsądniej było jej nie zapalać. Kilka razy zdawało się nawet dziewczynie, że słyszy czyjeś kroki, umiarkowany oddech, bądź nierówne bicie serca, lecz za każdym razem okazywał się to fałszywy alarm. Może jej umysł płatał niezdrowe figle, a może słyszała siebie samą?

W końcu dotarła do upragnionych drzwi. Wędrówka nie była tak długa, jak mogłoby się wydawać, bo bądź co bądź, był to tylko zwykły budynek (o ile zwykłym można go nazwać), ale sami wiecie, jak czas potrafi się gimnastykować, kiedy jest się pod wpływem silnych emocji, takich jak na przykład stres. Zwykła, metalowa klamka o najprostszej budowie, jaką klamka może posiadać, zdawała się niebezpiecznie srebrzyć. Istnieje oczywiście możliwość, że jest to tylko wyobrażenie Marii, ale czy nie byłoby ciekawiej, gdyby tak się działo naprawdę? Pomyślcie, klamka która sama was wzywa…

Dłonie dziewczyny zadrżały. Dygocący kluczyk znalazł się po chwili (która równie dobrze mogła być i godziną) znalazł się w dziurce. Maria popchnęła delikatnie chropowate drewno, z którego były wykonane drzwi, a one ustąpiły natychmiast i z głuchym skrzypnięciem otworzył się przed nią inny świat.

W środku panował chyba jeszcze większy mrok, niż na korytarzu. Maria weszła niepewnie, wahając się jeszcze przez chwilę. Przecież o tym marzyła od tak dawna! Nie mogła przepuścić takiej okazji! Bo trzeba Wam wiedzieć, że Marysia miała naturę podróżniczki; z chęciom odkrywała coraz to nowe pokoje w tym posępnym budynku, w jakim przyszło jej odnaleźć swój dom, a kiedy w końcu w jej ręce wpadł klucz od strychu, nie potrafiła już myśleć o niczym innym, jak tylko o tym. Ale tak już czasem bywa, że kiedy coś o czym tak marzysz staje się rzeczywistością, nagle pojawiają się wątpliwości i nieuzasadniony lęk, który stłumiony wcześniejszą ekscytacją, odczuwasz dwa razy mocniej.

Drzwi za brunetką zamknęły się same. Przynajmniej ona tak to odczuła. Prawda była taka, że całkowicie nieświadoma sama pociągnęła za klamkę, powodując tym samym wcześniej wymieniony efekt. Teraz poruszała się całkiem po omacku. Nie była tak sprytna, jak myślała, bo gdyby rzeczywiście tak było, zapewne przewidziałaby wzięcie jakiegokolwiek źródła światła (choćby latarki z baterią na wyczerpaniu). Ale miała niewyobrażalne szczęście (a może pomoc od losu, który miał już co do niej konkretne plany?), bo oto wpadła na jakiś karton, z którego wysypały się i potoczyły niezwykle głośno, białe walce, jakby to określiła matematyczka, pani Winiecka. Owymi geometrycznymi kształtami nie okazało się nic innego, jak kilka prostych, woskowych świec. Jakaż była radość Marii, gdy w pudle znajdowały się także zapałki! A to ci heca!

Po krótkiej chwili dziewczyna trzymała już w ręku jedną ze świec, na której końcu żarzył się nikły, ognisty języczek, z przyjemnością liżący swym bladym acz wyjątkowo ciepłym (zwłaszcza w porównaniu z poprzednim mrokiem) światłem wszystko w jego najbliższym otoczeniu. Maria pozwoliła sobie przez dosłownie sekundę rozkoszować się cudem, po czym ruszyła dalej, co chwile mrużąc oczy, by móc dokładnie zobaczyć to tajemnicze miejsce, jakim był strych na czwartym piętrze.



Szła tak i szła, wlokąc nogę za nogą. Powoli, by przypadkiem na coś nie wpaść, bo chociaż istotnie, miała już świecę, a więc źródło światła, nadal nie było tu zbyt jasno, a liczne kartony zlewały się z otoczeniem. Nagle czubek buta Marysi zderzył się z czymś twardym. Była to rzecz niewielka; potoczyła się, a raczej szurnęła przed siebie, choć siła wykopu nie była duża, gdyż jak już mówiłam wcześniej, Marysia mówiąc konkretnie – wlokła się. Oczywiście, tylko z ostrożności.

Zaciekawiona co takiego znalazło się pod ostrzałem jej domowych bamboszy, kucnęła i z nosem przy ziemi oraz świeczką nad uchem, badała dokładnie podłogę. Jest! Małe, zielone i raczej niepozorne. Maria pochwyciła przedmiot w lewą rękę, gdyż prawą miała zajętą z wiadomych powodów. Był to wisiorek na zardzewiałym, srebrnym łańcuszku; w kształcie półksiężyca, wykonany ze szmaragdu. Taki niepozorny, a dziewczyna nie potrafiła oderwać od niego wzroku.

Nie dała rady pokusie, by przypatrzyć mu się lepiej. Oparła się plecami o jakieś kartony i ze świecą w jednym ręku, a naszyjnikiem w drugiej okręcała go w palcach, mrużąc oczy. Najpierw zobaczyła las. Było to tak niespodziewane, że o mało nie wypuściła go z ręki. Zbliżyła mętny płomyk bliżej i zobaczyła łąkę; przepiękne, rozległe równiny usiane wzdłuż i wszerz kwiatami. Obraz tak intensywnie podziałał na jej wyobraźnię, że aż dzwoniło jej w uszach od wesołego ćwierkania ptaków, a nozdrza wypełniał słodki, wiosenny zapach, podobny do woni świeżo skoszonej trawy, acz o wiele przyjemniejszy. A może to działo się naprawdę? W każdym razie Marii przez chwile wydawało się, że stoi pośród wysokiej trawy, zieleniącej się od blasku słońca i słucha ptasiego chóru.

BUM!

Obraz, którego wcześniej nie zauważyła, a który wisiał na równoległej, wolnej od kartonów (niesamowite!) ścianie, spadł z hukiem na podłogę. Marysia podskoczyła, wyrwana z amoku i upuściła zielony kamyczek w jubilerskiej obróbce. Zaciekawiona powoli wstała i podeszła do obrazu. Przedstawiał on łąkę, a raczej pustkowie na którym rosła jedynie nienaturalnie wysoka trawa, a niebo miało intensywny kolor. Podniosła go i powiesiła z powrotem na wystający ze ściany gwóźdź.
„Podobno chcą sprzedać TEN obraz […] Ten z tą trawą i niebem?”
Maria poczuła ogromny żal. Z nieuzasadnionych przyczyn pokochała malowidło. Przejechała, po nierównej powierzchni i zamknęła oczy. W głowie usłyszała szelest źdźbeł poruszanych delikatnymi podmuchami wiatru. Poczuła świeżość w powietrzu i charakterystyczny zapach lasu. Nagle melodie zagłuszył jakiś inny dźwięk, bardziej przyziemny i zwyczajny.
Stuk Stuk Stuk
Przez chwilę wydawało jej się, że ktoś idzie i spłoszona cofnęła dłoń, Jednak to nie było to. Nie był to głuchy odgłos podeszwy odbijającej się od paneli, a raczej bardziej ciepły, miły dźwięk, który automatycznie porównała z dziecięcym placem zabaw. Odwróciła się.

Na podłodze, tuż koło jej stopy, podskakiwał niebezpiecznie naszyjnik w kształcie półksiężyca. Marysia nie zastanawiała się, dlaczego samoistnie się porusza, nie zastanawiała się też, dlaczego zaczął świecić, jakby chciał pomóc zmęczonej świecy i rozgarnąć trochę mrok. Po prostu wzięła go do ręki.

I oto stało się coś dziwnego.

Naszyjnik i obraz zaczęły się przyciągać. 


Obserwatorzy